Opowiadania prosto z życia...

e-opowiadania.pl

Ocena użytkowników:  / 2
SłabyŚwietny 

Cocktail Fruit

Część I

W sumie mamy już wieczór, sama w domu. Więc pomyślałam, że mogę zacząć coś pisać, cokolwiek, aby się po prostu czymś zająć. W oddali słychać piosenkę frans- If I where sorry. Co chwilę sprawdzam snapa jak opętana. Zaczynam pisać to, co myślę, ale jak później można zauważyć, nie jest to moją mocną stroną, bo jak by pominąć wszystkie niecenzuralne słowa, to moja wypowiedź mogłaby przypominać milczenie. Głównie moje zszarpane nerwy zawdzięczam mojej cudownej rodzinie, która nie daje mi zapomnieć o tym, że nie mam jeszcze chłopaka. Każdy na swój sposób próbuje mi przekazać, że to już najwyższy czas. Czy oni wszyscy myślą, że to takie proste?

Wiecie, ile jest kandydatów na to stanowisko? Też się zastanawiam.

Cofnijmy się tak do 2010 roku, miałam wtedy 13 lat. Mimo że byliśmy jeszcze dziećmi, już zaczynały się pojawiać pierwsze miłostki. Mój charakter i temperament nigdy nie pasował do grup pięknie wypacykowanych lal. Głównie przyjaźniłam się z chłopcami. Zamiast tańczyć balet jak moje rówieśniczki, zawsze z pościeranymi kolanami biegałam po boisku. W grupie chłopców byłam postrzegana jako dobry kumpel, ale nie jak dziewczyna, która pewnego dnia może zakochać się w jednym z nich.
Dennis siedział ze mną na Polskim, zawsze tak mi dokuczał, a ja strasznie się denerwowałam, aż do czasu, gdy przestałam na niego patrzeć tylko jak na kolegę z ławki. On nie zwracał na mnie uwagi. Oglądał się za dziewczynami w różowych strojach obszytych koronką. Nasza przyjaźń ciągnęła się tak wraz z moimi mękami do piątej klasy. Dlaczego do piątej klasy?

Nie, później nie zaczął widzieć we mnie dziewczyny... Po prostu ja się wyprowadziłam i zmieniłam szkołę. Przeprowadzka nie miała nic wspólnego z nim.
Przeniosłam się do małej wioski. Na początku przeszkadzał mi śpiew ptaków i ta niezłomna cisza, ale w końcu zaczęłam się przyzwyczajać. W mojej nowej szkole było tak nudno, że...Ahhhh. W klasie miałam zaledwie osiem osób. Ten rok w szóstej klasie całkiem szybko mi minął. Zdążyłam tam zakolegować się z Cornelią (za bardzo nie miałam dużego wyboru co do przyjaciół, patrząc na ilość osób w klasie).

Przyszedł czas na gimnazjum, i to znowu była nowa szkoła i zmiany. To już nie dlatego że się przeprowadziłam, ale rzecz była w tym, że gimnazjum było w osobnej placówce. I co najważniejsze cztery kilometry od mojego zamieszkania. Nie będę was martwić, dojeżdżałam autobusem, który na szczęście miał przystanek pod moim domem. Pomijając fakt, że to właśnie tam poznałam moje najlepsze Przyjaciółki, Nathalie i Maya. Poznałam także Hugo, który był tak strasznie przystojny, że nawet, teraz gdy go widzę, zatyka mnie w piersi. Nawet tam nie chodziło o sam wygląd, on miał to coś. Zawsze szarmancki, przemiły, i miał poczucie humoru. Nie spotkałam do tej pory tak fajnego chłopka. Tylko miał jeden minus, zmieniał dziewczyny z nadchodzącym tygodniem. Gimnazjum się kończyło, a trzeba było wybrać jakąś wyższą szkołę. Postawiłam na jedną kartę a dokładnie na liceum o profilu wojskowym. Może nie było to jedno z moich najskrytszych marzeń, ale sama nie wiedziałam co wybrać. Teraz wiem, że to był dobry wybór. Do szkoły miałam naprawdę spory kawałek, delikatnie to nazywając, było ok. pięćdziesięciu kilometrów. Tak się cieszyłam z nowej szkoły, że nie przeszkadzała mi duża odległość.

Bardzo ciężko było mi się wbić do nowego otoczenia. Wszyscy pochodzili z dużych miast i byli inni. Nawet nie umiem tego określić. Można to było nawet nazwać, że byli przemądrzali i tak zapatrzeni w siebie że nie widzieli nic oprócz czubka swojego nosa. Sam fakt, że byłam z małej miejscowości, skreślał mnie w ich oczach. Starałam się nie poddawać, choć było to bardzo trudne. Lecz wszystko się zmieniło, od kiedy, największy przystojniak w szkole wylał na mnie swój Fruit Cocktail, był to napój coś w rodzaju gęstego musu z owoców. U nas w szkole był bardzo popularny ze względu na małą kawiarenkę za murem szkoły, w której stołowali się wszyscy uczniowie. A nazywała się właśnie Fruit Cocktail i jak sama nazwa mówi, to właśnie Koktajle były ich specjałem. Ale wróćmy do tamtego incydentu, gdy Martin wylał na moją twarz to zielone obrzydlistwo o smaku kiwi, myślałam, że umrę, to było straszne, a w dodatku stało się to na głównym holu, więc pewnie widziało to pół szkoły. I właśnie o to chodziło mi z tą zmianą... Tak stałam się popularna w szkole, ale chyba nie tak jak chciałam.

Pierwsza powieść Katarzyny Redmerskiej