E-opowiadania

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

W życiu niczego nie można być pewnym. Zdarza się, że uroczą sielankę gwałtownie przerywają ogromne kłęby ciemnych chmur, gdy innym razem, ku naszemu zaskoczeniu, zza złowrogich obłoczków wychodzi przejrzyste słońce. Zapewne nie raz w dzieciństwie doświadczyła podobnej mieszanki, jednak dopiero teraz, kiedy jest świadoma swoich przeżyć zaczęła doceniać chwile ulotnego szczęścia. Zaczytując się w ckliwe romanse wielkich pisarzy wyobrażała sobie poukładane, spokojne życie u boku kochającego męża i gromadki dzieci. Przecież to takie proste - powtarzała po każdym nieudanym związku, który miał być tym ostatnim. W rzeczywistości nic nie było proste.

Wyciągała wnioski, analizowała co było nie tak, czego zabrakło. Olśnienie naszło w momencie, kiedy w wieku 26 lat odnalazła jedynego. Brakowało miłości. Zwykłej, niewymagającej, czystej miłości.

On - postawny, młody mężczyzna o ostrych rysach twarzy i zniewalającym uśmiechu. Z zawodu żołnierz, męski i twardy, aczkolwiek potulny i uczuciowy. Ideał - tak go w duchu nazywała. Zakochała się od pierwszego wejrzenia. Chciała by został mężem, kochankiem, przyjacielem i ojcem jej dzieci. W głębi duszy bała się, że on się jej nie należy. Miewała sny, że życie skończy u boku pobliskiego pijaczyny, błagając o trochę grosza, by wykarmić płaczące dzieci. Budząc się w środku nocy przytulała się do Ideału z ulgą stwierdzając, że to tylko zła mara. Była słaba, krucha, zakompleksiona i niepewna siebie. Nigdy nie potrafiła zrozumieć dlaczego. Miała kochającą rodzinę, ciepłą i pełną domowego ogniska. Oni w nią wierzyli, ona w siebie nigdy. Walczyła sama ze sobą, lecz na nic zdawały się próby pokonania mazgajstwa. Każda z nich kończyła się fiaskiem. Dlatego też wybór jej mężczyzny był dla niej co najmniej niezrozumiały. Może on też się zakochał, może podobam mu się taka jaka jestem? Może dla niego też jestem ideałem? - pytała siebie w myślach. Z czasem utwierdzała się w przekonaniu, że rzeczywiście tak jest. Zasypywał prezentami, komplementował, kreślił wspólną przyszłość. Z radości mogła góry przenosić. On też był szczęśliwy, miała wrażenie, że uczucia Ideału opanowała do perfekcji.

Były zaręczyny i huczny ślub. Ideał, którego mogła zacząć nazywać Mężem był nie do zastąpienia. Codzienna, zwykła szarość dnia była niekończącym się celebrowaniem miłości. Kolacje we dwoje, romantyczne wypady za miasto, upojne noce. Byli dla siebie stworzeni. Brakowało jedynie dziecka. Nieśmiało sugerowała podczas wspólnych nocy, że radosny śmiech malucha dopełniłby ich oazę szczęścia. Długo nie musiała go prosić. On pragnął tego tak samo jak ona.

Ciążę znosiła łagodnie, bez żadnych komplikacji. Całymi dniami szykowała się na przyjście malucha. Kupowała śliczne ubranka, dekorowała dziecięcy pokój i z uśmiechem na twarzy obserwowała rosnący brzuszek. Bez większych problemów urodziła dwie dziewczynki. Bliźniaki, Nicole i Monica. Ekscytacja mieszała się z przerażeniem. Będzie ciężko, dwoje dzieci na raz - rozkładała ręce teściowa. Mimo wcześniejszych obaw, razem z mężem dawali sobie świetnie radę. W ciągu dnia ona zajmowała się dziewczynkami, wieczorami odciążał ją mąż. Obserwując z jakim uczuciem utula je do snu, wiedziała, że ma wszystko o co w przeszłości drżała z obawy.

- Dziewczynki rosną jak na drożdżach. Lada moment, a będzie trzeba szykować wyprawkę do szkoły - zagaiła przy śniadaniu do męża, który z ponurą miną wisiał nad talerzem.

- Yhm, masz rację kochanie. Rosną, bo po tatusiu - z lekkim uśmiechem odgarnął kosmyk włosów.

Gdy tylko miał zły humor, był nieobecny, małomówny i w niczym nie przypominał potulnego mężczyzny jakim był na co dzień. Jego spojrzenie odległe i złowrogie, mina zacięta i nieprzyjemna. Zamykała się wtedy w sobie i dawała mu czas. Nie pytała, nie prowokowała kłótni. Po kilku dniach humor wracał a wraz z nim normalne życie. Zazwyczaj winę przypisywała sobie. Niepewność i stare lęki dawały się we znaki zawsze wtedy, gdy coś działo się nie po jej myśli.

- Masz jakiś problem, prawda? - zapytała wprost, niespodziewanie podniesionym głosem.

Spojrzał na nią zdziwiony. Nigdy nie miała tyle śmiałości, by pytać bez ogródek. Często miała podejrzenia, że to problemy w pracy, o które pytać jej nie było wolno. Zawsze krążyła wokół tematu, sama gubiąc się jakiej odpowiedzi oczekuje. Wówczas udawał, że nie wie o co chodzi i sprawa umierała śmiercią naturalną. Tym razem miała wrażenie, że to coś poważnego, że zbyt długo trwa jego złowrogi nastrój.

- Co się dzieje? Powiedz mi, proszę - powtórzyła, tym razem błagalnie.

Spojrzał jeszcze raz. Wstał, włożył naczynia do zlewu i czule pocałował ją w policzek. Wyszedł. Tyle wygrała. Z wściekłości gotowała się w środku. Udało jej się wprost zapytać męża jaki ma problem. Normalnie piałaby z dumy, kolejny krok ku wymarzonej śmiałości. Uczyła się całe życie stanowczości i zdecydowanych decyzji. Te momenty burzyły całą wypracowaną siłę. Uważała to za pewnego rodzaju ułomność. Przecież to mój mąż, przecież mamy dzieci, powinniśmy rozmawiać o wszystkim - myślała. Jednak mimo usilnych prób, pewnego respektu nie potrafiła pokonać.

startPoprzedni artykuł12345Następny artykułkoniec