Opowiadania prosto z życia...

e-opowiadania.pl

Ocena użytkowników:  / 6
SłabyŚwietny 

Zawodowy morderca

 AR-ZARO

 

    W ostatnim czasie w Szczecinie wzniesiono wiele bloków mieszkalnych. W jednym z tych nowopowstałych budynków, nie zniszczonych jeszcze upływem czasu, w mieszkaniu wynajętym na najwyższym piętrze siedział trzydziestoletni mężczyzna, wysoki i szczupły, z poważną miną, starannie ogolony i elegancko ubrany. Jego wygląd od razu mówił, że jest zamożny. Mieszkanie, w którym teraz się znajdował, służyło mu tylko po to, by odbywać w nim spotkania z podwładnymi sobie ludźmi, którzy nie musieli znać jego prawdziwego miejsca zamieszkania. Był pod tym względem bardzo ostrożny, co w jego fachu było pożądaną cechą. Wybiła godzina siedemnasta, lada chwila do mieszkania powinien przyjść jeden z jego ludzi, który służył mu za pośrednika ze szczecińską policją. Albert Franciszek Rojko, bo tak się nazywał ów elegancki pan, wyciągnął grube cygaro i zapalił je ze smakiem. Zaciągnął się parę razy, po czym usłyszał pukanie do drzwi.

 - Wchodź – krzyknął i po chwili w pomieszczeniu, w którym siedział, pokazał się oczekiwany przez niego człowiek.

 - Witam, panie Franko – skłonił się w jego stronę.

- Witam. Siadaj i mów, co się dzieje.

Albert Franciszek Rojko wśród ludzi, z którymi pracował, był nazywany Alem Franko. Uważał, że brzmi to lepiej niż Albert Franciszek, trochę przywodziło mu to na myśl włoskie nazwisko. Poza tym było bezpieczniej posługiwać się zmienionymi personaliami. Przybyły człowiek usiadł w na krześle po przeciwnej stronie stołu, przy którym siedział Al Franko.

- Otóż jest problem – zaczął gość - policja zapowiedziała, że od teraz nie będzie z nami współpracować. Nie możemy liczyć na żadne ustępstwa z ich strony, a komendant nie ma zamiaru przyjmować więcej pańskich łapówek. Zaczęli ścigać naszych ludzi jak psy i przymknęli pana najlepszego zabójcę, Karskiego. Mówią, że mają coś na niego, choć nie wiem co, oraz że teraz się im już nie wywinie.

- Skurwysyny. O co im chodzi? Co im się nie podoba? Przestały ich interesować nasze pieniądze czy co? – spytał Franko.

- Nie, nie chodzi o pieniądze, na to nasz komendant zawsze poleci. Chodzi o to, że się boją. Ktoś chodzi po Szczecinie z gnatem i strzela do ludzi bez powodu. Jest ponoć siedem ofiar, nie mających nic wspólnego z naszymi interesami, a najgorsze, że jedną z tych ofiar padł policjant. Nikt ważny, jakiś zwykły posterunkowy, ale to przegięło pałkę. Komendant mówi, że nie może ryzykować współpracy z nami, jeśli będziemy tak się zachowywać.

- My? Gwarantuję ci, że my nie mamy z tym nic wspólnego. Z naszej ręki już od dość dawna nikt nie zginął, a policjanta bym nie tknął. Mam za dużo do stracenia, żeby babrać się w takim gównie. My tego nie zrobiliśmy – głos Alberta Franko był opanowany i spokojny, mimo iż wieści od łącznika z policją były niepokojące.

- Ja się domyślam, że pan nic takiego nie kazał zrobić, ale policja myśli, że to pańska sprawa. Wszystko złe, co się tu dzieje, jest kojarzone z naszą działalnością.

- Dobrze, dziękuję ci za informację – rzekł Franko zamyślonym głosem, wręczając gościowi plik stuzłotowych banknotów - już jakoś sobie poradzę z tym problemem. Możesz iść.

Łącznik opuścił mieszkanie, a Al Franko zatelefonował do innego człowieka. Był to jeden z braci Wysockich, najlepszych „tropicieli” pracujących dla niego. Wezwał obydwu braci do wynajętego mieszkania, kazał im być za godzinę. Czekając zapalił kolejne cygaro i nalał sobie whisky do szklanki.

     Po niespełna godzinie przybyli oczekiwani bracia. Było po nich widać, że są rodziną, wyglądali bardzo podobnie, różnili się głównie tym, że twarz jednego z nich zdobiły gęste wąsy, a drugiego nie. Przywitali się kurtuazyjnie ze swoim szefem, tak jak tego wymagała mafijna etykieta, po czym usiedli przy stole.

- Czy słyszeliście, panowie, o dokonanych ostatnio w naszym mieście morderstwach?

- Tak. Przypuszczamy, że ofiarami były osoby, które w jakiś sposób zalazły panu za skórę… - uśmiechnął się jeden z braci Wysockich. Al Franko odwzajemnił ironiczny uśmiech, po czym rzekł:

- Otóż nie, ja nie mam z tymi ludźmi nic wspólnego. Nie mam pojęcia, kto ich zabił, ale chciałbym to wiedzieć. Dlatego wezwałem was. Jednym słowem, chciałbym was prosić, żebyście znaleźli owego mordercę i przyprowadzili go do mnie. Przypuszczam, iż działa na własną rękę, bo żadna „organizacja” nie zostawiałaby trupów na ulicy, ale jeśli jednak mamy do czynienia z jakąś „organizacją”, to będziemy mieli problem. Oczywiście każdy problem da się rozwiązać – uśmiechnął się znowu, po czym dodał – ale to już nie wasze zmartwienie.

Al Franko nie lubił nazywać mafią ani swojej, ani żadnej innej grupy przestępczej, dlatego określał je przeważnie słowem organizacja.

- Zrobimy wszystko, co będzie trzeba – zaoferowali się z uniżonością bracia.

- Na razie trzeba wytropić tego złego człowieka. Ruszajcie więc.

- To nie będzie łatwe, ponieważ nie mamy żadnego punktu zaczepienia, ale zrobimy, co w naszej mocy.

- Liczę na was, na pewno wam się to opłaci.

Bracia Wysoccy opuścili mieszkanie, a Albert Franko dzwoniąc po swojego szofera nalał sobie kolejną porcję whisky. Czekając wypił ją dość szybko, po czym zszedł na dół i wsiadł do czarnego mercedesa, który właśnie zaparkował pod blokiem. Kazał szoferowi zawieźć się do swojego prawdziwego, wielkiego domu.

     Bracia Wysoccy przez parę dni nie wiedzieli, jak mają zabrać się za szukanie mordercy. Analizowali wszystkie fakty, które znali i udało im się wywnioskować parę rzeczy, które mogły okazać się pomocne. Otóż po pierwsze, wszystkie ofiary zabito w nocy, gdy ulice były puste a ludzie ci akurat wędrowali gdzieś po nich samotnie. Po drugie większość ofiar była ludźmi młodymi i byli to sami mężczyźni. Po trzecie i najważniejsze, sześciu ze wszystkich siedmiu zabitych zostało zamordowanych w dzielnicy Niebuszewo, można więc było przypuszczać, że kolejny młody mężczyzna również padnie ofiarą w tej dzielnicy. Bracia postawili hipotezę, że zabójca atakuje tych ludzi tylko po to, by ich okraść. Nie były to żadne przemyślane morderstwa, po prostu jakiś psychopata napadał z pistoletem na ludzi i strzelał im przeważnie prosto w głowę, a trupy zostawiał na ulicy, nie sprzątając nawet po sobie. Braciom udało się także dowiedzieć, że przy pozostawionych ciałach nigdy nie znajdowano portfeli, telefonów ani żadnych wartościowych rzeczy. Musiały więc być to morderstwa na tle rabunkowym.

     Po całym Szczecinie kręciło się teraz mnóstwo policjantów, najwięcej oczywiście po Niebuszewie, oni też odkryli, że tutaj padło najwięcej ofiar. Chodzili bezradnie, nie wiedząc, jak zabrać się za szukanie przestępcy. Zatrzymywali ludzi na ulicy i przeszukiwali ich, w nadziei znalezienia przy nich pistoletu, z którego dokonano strzałów do ofiar. Wynikiem przeszukań było jedynie zatrzymanie wielu ludzi mających przy sobie narkotyki, ale nie o to przecież chodziło. Jednak Albertowi Franko przeszukania te nie były na rękę, ponieważ duża część ludzi zatrzymanych przez policję za posiadanie narkotyków, należała do pracujących dla niego dealerów. Ponaglił więc Wysockich, by przyspieszyli trochę poszukiwania. Bracia, którzy znaleźli już punkt zaczepienia, zagadywali teraz kręcących się w nocy po Niebuszewie młodych chłopaków. Podawali im numer telefonu i kazali pod niego dzwonić, gdyby ktoś próbował ich napaść lub gdyby widzieli napad na kogoś innego. Obiecali dużą nagrodę za pomoc w schwytaniu zabójcy. Metoda ta okazała się skuteczniejsza niż policji, gdyż po niecałym tygodniu morderca został schwytany przez braci Wysockich, a policja początkowo nawet o tym nie wiedziała i kontynuowała własne poszukiwania.

     Trzech około dwudziestoletnich chłopaków z Niebuszewa umówiło się na wieczorne spotkanie pod blokiem. Zakupili skrzynkę piwa, jak zawsze na takie spotkania i usiedli na ławce koło placu zabaw. Pili, rozmawiali głośno, śmiali się. Impreza była udana. Pijąc moczopędne piwo, co chwilę chodzili za róg bloku, by opróżnić pęcherz. O godzinie drugiej w nocy, gdy byli już podpici, jeden z nich udał się chwiejnym krokiem za blok. Zaczął sikać i nagle poczuł coś zimnego i twardego na skroni.

- Dawaj kasę i telefon, gnoju, bo zabiję jak psa – syknął mu do ucha jakiś człowiek w kapturze, który podkradł się do niego niezauważony. Chłopak w pierwszej chwili nie pomyślał, że może być to ów morderca, o którym było ostatnio tak głośno.

- Spierdalaj – warknął do napastnika i zaczął szykować się do walki, lecz zauważył, że ma do głowy przystawiony pistolet.

Pierwsza powieść Katarzyny Redmerskiej