Opowiadania prosto z życia...

e-opowiadania.pl

Ocena użytkowników:  / 4
SłabyŚwietny 

Rozdział 1. Sierota i nowe życie

Budzę się, jak zwykle, w szarym, skrzypiącym łóżku. Siadam na nim i wpatruje się w wyniszczone ściany pokoju dziecinnego. Stare lalki, bez kończyn, leżą rozrzucone po pokoju. Wyglądają tak strasznie, że boję się je nawet tknąć, ale tylko na to, w tych czasach, stać moich rodziców.

Od kiedy wojna zniszczyła świat, nic nie jest takie jak dawniej. Ledwo wiąże koniec z końcem. Ojciec pracuje w fabryce broni palnej, więc nie brakuje nam narzędzi do walki. Matka zaś tylko gotuje upolowaną przeze mnie zwierzynę. Nasza trójka mieszka na osiedlu, ale tylko my zostaliśmy tutaj. Reszta emigrowała do Afryki, czy Austrii. Europa jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc, w tych czasach. Rosjanie są na całym kontynencie. Codziennie przejeżdża przez moje osiedle grupa wojskowych i sprawdzają, czy jacyś ludzie nie przetrwali apokalipsy.

Wstaję z łóżka i ubieram się w dresy. Rodzice śpią, więc mogę spokojnie iść na polowanie. Biorę maczetę, sznur i wychodzę. Zachmurzone niebo zasłania słońce, dodając post apokaliptycznemu blokowisku jeszcze bardziej ponury wyraz. Przechadzam się pomiędzy budynkami i sprawdzam wcześniej zastawione pułapki. Niestety, tylko dwie coś złapały. W pierwszej był królik. Dokładnie sprawdzam czy nie jest przypadkiem czymś zarażony lub czy nie odniósł skaleczeń po wybuchu jakiejś bomby atomowej. Niestety, ta zwierzyna nie nadawała się do jedzenia. Lekko sucha i poczerwieniała skóra świadczyła o tym, że królik był chory od dawna. Zaś druga pułapka nie zawierała zwierzyny... Był w niej but, pewnie popchnął go wiatr czy coś... Poprawiam pułapki i wracam do domu z pustymi rękami.

Kiedy jestem w mieszkaniu, rodzice krzątają się po domu i wymieniają zmartwione spojrzenia. W końcu nie wytrzymuję i pytam.

- Co się dzieje? Czemu się tak zachowujecie?!

- Kochanie, ja i twój ojciec musimy podjąć bardzo ważną decyzję...

- Tak, a ty nie masz tu nic do powiedzenia...

- Jesteśmy rodziną! I tak niedługo wszyscy umrzemy...

- Kasiu, przestań pieprzyć! Nikt nie umrze!

- Jak to tato? Nasza cywilizacja to jedno wielkie gówno! Nawet małpy lepiej radzą sobie od nas!

- Kochanie, nie wrzeszcz na tatę.

- A co? To co mówię to nie prawda? Ledwo wiążemy koniec z końcem, a wy nic mi nie mówicie!

- Kaśka! To sprawy dorosłych i jak już mówiłem ty nie masz nic do gadania!

- Śmiecie nazywać się dorosłymi, a nawet chorego lisa nie upolujecie!

- Dosyć! Kasiu, marsz do pokoju natychmiast!

- Zapomnijcie o żarciu do końca tygodnia! - wrzeszczę do nich na pożegnanie i wychodzę z pokoju.

W pokoju dziecinnym kopie pozostałości po lalkach i wyżywam się na starych ścianach. Kiedy zaczynam się męczyć, opadam na łóżko i leżę. " Co oni, do cholery, znowu wymyślili?! ". Zadaję sobie pytania, na które nie łatwo odpowiedzieć. Patrzę po pozostałościach pokoju, który kiedyś był pełen życia i radości. Pewnie należał do jakiejś małej dziewczynki, która kochała swoje lalki, a pod czas wojny musiała je zostawić, i sama zapewne nie przeżyła. Zamykam oczy by uciec od faktów. Rosjanie nie zniszczyli świata wojną jądrową, właścicielka tego pokoju żyje, moi rodzice mnie kochają, a ziemia nie wygląda jak post apokaliptyczne gówno. Przez te wszystkie myśli zasypiam, w śnie lepszym od rzeczywistości.

***

- Kasiu, wstawaj szybko! - głos matki jest zaniepokojony, z sufitu spada tynk.

- Co się stało? - pytam oszołomiona, zrywając się z łóżka.

- Musimy uciekać!

Zbiegamy na parter i wybiegamy na zewnątrz, mimo późnej pory niebo świeci jak za dnia. To wybuchy! Bomby spadają na osiedle! Powietrze jest pełne dymu i pyłu. Mama ciągnie mnie za ogrodzenie. Przechodzimy na drugą stronę płotu, a kiedy oddalamy się od domu, na niego spada bomba i niszczy wspomnienia dawnej małej właścicielki. Mama ciągnie mnie za rękę przez las, a ja wciąż jestem oszołomiona i nie zauważam wystającego korzenia. W rezultacie potykam się.

- Wstawaj kochanie błagam... Jeszcze tylko kawałek...

Wstaję i biegnę za matką. Powoli budzę się z otępienia i widzę, że wychodzimy na autostradę. Ta jest zupełnie pusta, nie licząc wojskowej furgonetki, która czeka na nas. Przy nim stoi mój tata ubrany w mundur wojskowy Rosjan. Za kierownicą siedzi nie znany mi dotąd człowiek.

- Kochanie, nie pytaj o nic... - mówi mama. - Ten pan zawiezie cię do Gdańska. Tam popłyniesz statkiem. Znajdź pana Parkera, kapitana okrętu Santa Anna, on ci wszystko wyjaśni...

- A wy? Nie zostawię was na pastwę Rosjan!

- I nie zostawiasz - mówi mama, po czym całuje mnie w czoło. - Jedź!

Odjechałam, patrząc na znikające twarze rodziców w oddali. Szkoda, że nie zdążyłam im powiedzieć "Kocham was", i że nasze ostatnie chwile poprzedziła kłótnia.

Nagle widzę wybuch rozrywający moich najbliższych na kawałki. Chciałam krzyczeć, lecz rozsądek mówił "MILCZ!", więc siadam w kącie i płaczę. Jak można być kimś tak głupim jak ja? Kto inny wiedząc, że każdy dzień może być tym ostatnim, mówiłby tak do swoich rodziców? Tylko ja...

Rozdział 2: Podróż do Wolnego Miasta Gdańska