Opowiadania prosto z życia...

e-opowiadania.pl

Ocena użytkowników:  / 6
SłabyŚwietny 

     W porządku? - Zapytał mnie Puck, gdy siedzieliśmy, mocno przytuleni w połowie zniszczonym moście. Ze względu na okropne warunki pogodowe w Forks, zaczynał mi doskwierać chłód, więc pieszczotliwie otulił moje ramiona własną kurtką. Za to go właśnie kochałam. Taki właśnie był Puck. Na około nas rozlegał się wielki, zielony las. Nasz las. To tutaj pierwszy raz się poznaliśmy. Było to okropnie dawno, i choć miałam zaledwie sześć latek, doskonale to pamiętam. Stałam z tatą w środku tego miejsca, zachwycona jego niesamowitością. Chcieliśmy urządzić tutaj nocleg i wieczorem dopatrywać gwiazd. Mojej starszej siostrze, Coralie w ogóle się to nie podobało. Krzyczała, wierzgała i płakała okropnie bojąc się tego miejsca i momentami nazywając je; \'\'odrażającym\'\'. Nie mogłam pojąć, dlaczego tak sądzi. Dla mnie, było tu wręcz niesamowicie. I ten zapach... Pociągnęłam mocno nosem, aby przypomnieć sobie tamte odczucia, ale nic nie poczułam, poprzez gęste smarki. Spojrzałam w dół, skubiąc delikatnie paznokciem drewno mostu. Korzystając z tego, że Puck przez jakiś czas nie ma zamiaru się odzywać, postanowiłam przeznaczyć czas na dalsze przypominanie wspomnień... Kiedy tata rozkładał namiot, wymknęłam się z pola jego widzenia. Patrzyłam na słońce, które raziło mnie w oczy, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Było to w pewien sposób fascynujące. Zza kotarów drzew usłyszałam cichy szelest. Jak przestraszony jelonek, odwróciłam głowę w tamtą stronę. Niczego nie zauważyłam. Odwróciłam oczy. Jednak zaraz potem, znowu coś usłyszałam. Tym razem, chłopiec nie zdążył się schować, zza grubymi liśćmi drzewa. Uważnie na siebie patrzeliśmy. Miał tyle lat, co ja. Długie, brązowe włosy opadały mu na migdałowe zielone oczy. Grube brwi, prawie że ze sobą złączone, zmarszczyl w zakłopotaniu. Dalej mi się przyglądał, aż w końcu odważył się odezwać.

- Cześć, brzydulo. - Powiedział wysokim, dziecięcym głosikiem, zabarwiając go w intrygujący uśmieszek.

- Nie jestem brzydulą.. - Pokręciłam znacząco główką, tak że moje dwa warkocze, koloru jasnego blondu tańczyły wokół moich łokci. - Mam na imię Rosalie.

Widząc jego chwilowe zamyślenie, dodałam;

- Dlaczego siedzisz tak wysoko? Nie boisz się?

Zaśmiał się szyderczo. Nie wiedziałam wtedy, że sześciolatek może się w ten sposób śmiać.

- Ja miałbym się czegoś bać? Dobre żarty!

Jednak naprawdę było się czego bać. Drzewo miało chyba z dziesięć metrów a on siedział prawie że na samym czubku, dotykając zielonych konarów.

- Jak ci na imię? - Spytałam wyraźnie nim zafascynowana.

- Ja jestem Noah. Ale nie mów tak na mnie, proszę. Brzmi głupkowato. - W tym momencie, zrobił głupkowatą minę, co przyprawiło mnie o radosny chichot. - Mów na mnie Puck. Na nazwisko mam Puckerman, więc pasuje jak ulał. W dodatku brzmi okropnie męsko! Na mojego tatę tak wołają! - Krzyknął w dół.

Gorzki żal zalał resztę wspomnienia i z trudem powtrzymałam łzy.Widzialam schorowaną, twarz zaledwie trzydziestoośmioletniego mężczyzny, Davida Puckermana, chorującego na wyżerającego jego trzewia raka. Otrząsając sięz tym gwałtownych wizji, powróciłam do teraźniejszości, w której Puck czule mnie przytulał, nawet nie myśląc wtedy, jak bardzo mi to pomaga. Nadal mówiłam na niego Puck, choć myślałam, że przestanie mu na tym zależeć. Jednak on nadal nalegał, abym tak go nazywała. Zresztą, nie tylko ja go tak nazywałam. Każdy. Niektórzy nawet zapomnieli, szczerze się do tego przyznając, jak ma na imię.

Rozejrzałam się niechętnie w około, siląc oczy, by wreszcie spojrzały na szczątki tego, co zostało z naszej kryjówki. \'\'Naszą kryjówką\'\' nazywaliśmy stary, wiktoriański domek. Był bardzo malutki, liczyl zaledwie dwa małe pokoiki, i nawet nie posiadał toalety. Odnaleźliśmy go mając, około ośmiu, dziewięciu lat, kiedy nasi ojcowie dostatecznie sie juz zaprzyjaznili. Spotkali się zaraz po tym, jak ujrzałam tego dziwnego chłopca na drzewie i od razu udało im się znaleźć wspólny język. Obaj kochali dziką przyrodę, łowienie ryb oraz polowania na ptactwo. Ja nie znosiłam polowania. Nie byłabym w stanie skrzywdzić żadnego zwierzęcia, robaki jednak uśmiercać musiałam cały czas, gdyż Coralie, okropnie piszczała na widok kazdego rodzaju owada. Najbardziej jednak bała sie pająków. Przerażały ją te największe, za to ja je najbardziej lubiłam. Często brałam je na ręce, głaskałam a potem wypuszczałam z powrotem do lasu. Coralie wtedy przyglądała mi się z niesmakiem. Od tej pory, przestała odwiedzać z nami las. Ale wróćmy do tego, jak udało nam się odkryć kryjówkę. Ojcowie akurat polowali na jastrzębia. Oboje byli zachwyceni, że w ostatnim czasie tyle ich tutaj się namnożyło. Jeszcze nigdy nie postrzelili jastrzębia, więc ogromną frajdę sprawiała im chociaż świadomość, że te tutaj, są niedaleko i może jednego uda się obezwładnić. Zachowywali się odrobinkę jak dzieci, ale właśnie za to ich kochałam. Ojca Pucka, zaczełam traktować jako najfaniejszego wujka. Często kupował mi zabawki, czyli w gruncie to samo co Puckowi - samochodziki, rządki żołnierzyków i piłkę do gry. Wcale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, domagałam się takich samych prezentów, jakie dostawał Puck. Od zawsze byłam typową chłopczycą. Nigdy nie krecily mnie lalki Barbie, lalki - bobasy i inne podobne, dla których inne dziewczynki, gotowe byly obciąć sobie włosy.

Podczas więc, gdy tata i wujek polowali na tego ptaka, ja i Puck okropnie się nudziliśmy. Wrzucaliśmy kamienie do małego jeziorka i przez pewien czas to służyło nam za rozrywkę, ale zaraz później, tata i wujek nas zganili, że straszymy jastrzębia i w takim hałasie nigdy się nie pojawi. Powiedzieli, żebyśmy naprzynosili gałązek, tutaj z okolicy i abyśmy się nie oddalili. Zważając na ich nieuwagę, mieliśmy zamiar zrobić im na przekór. Gdy byliśmy pewni, że ich spojrzenia już nas nie dotykają, popędziliśmy pędem w głąb drzew. Odwróciłam się ostatni raz, aby na nich spojrzeć, ale chyba nic nie usłyszeli. Szliśmy w ciszy, rozglądając się dookoła. Mimo, że oboje myśleliśmy, że znamy ten las jak własną kieszeń - chyba jednak sie myliliśmy. Teraz, gdy przeszliśmy około dwóch kilometrów, poczuliśmy strach. Zaczynało się ściemniać, a my - jak to dzieci - zapomnieliśmy, z której drogi tu przyszliśmy oraz ile razy zdążyliśmy skręcić. Zaczynało nam również doskwierać burczenie w brzuchu. Myślałam, że zaraz się popłaczę lecz w tej chwili zobaczyliśmy TO. Zobaczyliśmy właśnie, tę starą, malutką chateczkę a niedaleko niej... Oboje otworzyliśmy buzie, z narastającego zdziwienia. Zobaczyliśmy przepaść! Pobiegliśmy, aby się jej przyjrzeć. Była wręcz ogromna, liczyła chyba dwanaście metrów, jak nie więcej. Przedzierał ją długi, drewniany most, wyglądający na dość nietrwały. Najpierw jednak postanowiliśmy obejrzeć dom. Był naprawdę nieduży, ale za to jaki przytulny! Od razu przypadł nam do gustu. I mimo iż to miejsce, widzialam wtedy pierwszy raz na oczy, czułam się, jakby tutaj właśnie był mój dom. Aby sensem mojego emocjonującego, pełnego wrażeń ośmioletniego życiorysu było znalezienie tego miejsca i zostanie w nim na zawsze. I wiedziałam, że Puck czuł to samo.

Teraz mam szesnaście lat. Od dwóch lat chodzę z Puckiem i kocham go na niemożliwy do opisania sposób. I wiem, że on czuje to samo. Od kiedy umarł jego tata, a działo się to wtedy gdy oboje mieliśmy jedenaście lat, coraz częsciej chodzilismy do naszej kryjowki. Nazwaliśmy ją Kryjówką, bo chronila nas przed swiatem. Przed tym calym, cholernym bolem jaki zostal po stracie bliskiej osoby. Nikt nie mial prawa tu przyjsc. Bylam tylko ja i on. Nawet moj tata, stracil zapał do spacerowania po lesie. Od kiedy nie robił tego z przyjacielem, straciło to dla niego zupelny sens. Uwaznie sluchalam slow, jakie wypowiadał do mnie Puck podczas żałoby. Słow, ktorych nie wypowiedzialby nigdzie indziej i nikomu innemu, bo nie bylby pewny, czy zostaną odpowiednio utajnione. Nie chcial aby wydostaly sie na wolnosc. A u mnie mial taką gwarancje. Chcial, aby zostaly tylko pomiedzy mną a nim i tylko w tym domu. W Kryjówce. Naszej Kryjówce.

Dlatego teraz, widząc ją dostatecznie spaloną, omal nie rzuciłam się w ową przepaść, znajdującą się przeciez okropnie blisko. Rozpaczałam długą godzinę i za kazdym razem, gdy wydawalo mi sie, ze powoli przestawałam, płakałam coraz głośniej i rzewniej, bo wspomnienia, niczym igły, wściekle wbijały się głębiej w moją skóre. Czułam się jakbym ja też umarła. Albo przynajmniej znaczna część mnie. Bo Kryjówka właśnie nią była. Puck z niewiarygodnym spokojem słuchał mojego szlochu. On nie plakal. Byc moze nie byl az tak przywiazany do tego miejsca jak ja. Kiedy wreszcie zdazylam sie uspokoic, zapytalam chropowatym, ledwo slyszalnym glosem.

- Kto?

Wzruszyl ramionami.

Ja tez nie mialam pojecia, kto za tym stał. Moze pijani, mlodzi ludzie, nie wiedzący co robią, może to stało się poprzez jakąś zbłąkaną butelkę, przypędzoną tutaj, działającą na słońce w taki a nie w inny sposób, ale pozostała jeszcze trzecia opcja... Zrobil to ktos naumyślnie. Poczułam, jak wiatr i emocje, przywołują mnie o gęsią skórkę.

- Wracajmy do domu. - Szepnął mi czule do ucha, mój ukochany. - Robi się zimno. Jutro postaramy się rozwikłać tą zagadkę. Może to był Thompson i jego banda? A może ktoś zupełnie przypadkowy? Jutro poniedziałek, musimy się przygotować. Chodź do mnie do domu, zrobię Ci gorącą czekoladę i jeszcze troszkę się poprzytulamy. - Ostatnie słowa wymruczał mi wręcz do ucha i czule je cmoknął. Przyległam jeszcze bardziej do niego i ostatni raz, z tęsknotą wpatrując się w Kryjówkę, mocno przytuleni odeszliśmy w głąb lasu.