❄️🏔️ Enemies to Lovers

Uwięzieni w Schronisku | Zima w Dolomitach

Maya i Chase – dwoje wrogów zmuszonych spędzić święta w alpejskim schronisku. Gdy śnieżyca odcina ich od świata, granica między nienawiścią a czymś więcej zaczyna się niebezpiecznie zacierać.

Rozdział 1: Cortina i Katastrofa

Cortina d'Ampezzo miała być tłem dla idealnych zdjęć na LinkedIn mojej matki i architektonicznych zachwytów ojca. Zamiast tego, stała się sceną z kiepskiego survivalu. Śnieg nie padał – on atakował. Grube, mokre płaty uderzały w szyby schroniska „Rifugio Bella Vista" z taką furią, jakby chciały nas ukarać za to, że ośmieliliśmy się wjechać tuż przed zamknięciem szlaku.

– Brak zasięgu. To jest jakiś żart – mruknął Chase Donovan, machając swoim iPhonem w powietrzu, jakby próbował złapać sygnał prosto z kosmosu.

Siedziałam przy dębowym stole, starając się nie patrzeć w jego stronę. Chase był ostatnią osobą, którą chciałam widzieć w święta. Ba, był ostatnią osobą, którą chciałam widzieć w promieniu kilometra. Rok temu ten facet, jednym „przypadkowym" kliknięciem, wysłał moją roczną pracę nad grantem dla azylu w cyfrowy niebyt. Do dziś twierdził, że to był wypadek. Ja wiedziałam swoje: sportowcy nienawidzą, gdy ktoś kradnie im światło reflektorów, nawet jeśli to światło pochodzi z rzutnika w sali biologicznej.

– Możesz przestać? – syknęłam, nie odrywając wzroku od książki, którą trzymałam pod stołem. – Satelity nie przesuną się nad Dolomity tylko dlatego, że kapitan drużyny koszykarskiej ma odstawienie od Instagrama.

Chase opuścił rękę i spojrzał na mnie z tym swoim irytującym, półgębkiem uśmiechem.

– O, witamy panią przewodniczącą. Myślałem, że jesteś zbyt zajęta układaniem harmonogramu oddychania na najbliższe trzy dni, żeby zauważyć nas, zwykłych śmiertelników.

– Mój harmonogram przewiduje ignorowanie cię do sylwestra – odparłam chłodno.

– Dzieciaki, dajcie spokój! – Głos mojego ojca, nienagannie skrojony i pełen fałszywego entuzjazmu, przeciął salon. – Pan Giuseppe mówi, że to tylko przejściowa zamieć. Idealny moment na integrację!

Spojrzałam na moją matkę. Właśnie poprawiała idealnie ułożony szal z kaszmiru i mierzyła wzrokiem ojca Chase'a, doktora Donovana, który wyglądał, jakby potrzebował trzech kaw i tygodnia snu. Atmosfera była gęstsza niż włoska gorąca czekolada.

– Integracja to świetny pomysł – dodał doktor Donovan, próbując być miłym. – Chase, może pomógłbyś Mai przynieść trochę drewna?

– Maya nie potrzebuje pomocy – wtrąciła moja siostra, piętnastoletnia Lily, znad swojego szkicownika. – Ona ma wbudowany GPS, system ogrzewania i prawdopodobnie schowany w kieszeni zestaw do ratowania świata. Ale Chase może iść, przynajmniej nie będzie tu stał i wyglądał jak model z reklamy wody toaletowej „Arogancja".

Chase prychnął, ale wstał. Ja również, bo wizja siedzenia w jednym pokoju z rodzicami planującymi moją przyszłość na Oxfordzie była gorsza niż zamarznięcie w drewutni.

📚 WIECZÓR PIERWSZY: BIBLIOTEKA I GRZESZNE PRZYJEMNOŚCI

Kilka godzin później, po kolacji, która była festiwalem niezręcznej ciszy przerywanej jedynie mlaskaniem Giuseppe jedzącego polentę, wymknęłam się do biblioteczki. To było małe pomieszczenie na piętrze, pełne zakurzonych tomów i zapachu starego papieru.

Podeszłam do najwyższej półki. Szukałam czegoś, co pozwoliłoby mi zapomnieć o rzeczywistości. I wtedy to zobaczyłam. Włoskie wydanie „The Cruel Prince". Moja absolutna obsesja, o której nikt – absolutnie nikt – nie wiedział. Wszyscy myśleli, że w wolnym czasie analizuję traktaty ekonomiczne albo czytam „Ulissesa" dla rozrywki.

Moja dłoń powędrowała w stronę grzbietu książki. Ale nie była jedyna.

– Hej! – cofnęłam rękę, jakby oparzona. Chase stał tuż obok. W półmroku biblioteki nie wyglądał jak „król imprez". Wyglądał na… zmęczonego. W jego dłoniach znajdowała się dokładnie ta sama książka.

– Ty? – zapytał, mrużąc oczy. – Ty czytasz młodzieżowe fantasy o morderczych elfach? Myślałem, że twoja dieta literacka składa się wyłącznie z faktur i regulaminów szkolnych.

Poczułam, jak krew uderza mi do twarzy.

– To… to dla celów socjologicznych. Analizuję trendy popularne wśród mniej wymagających czytelników.

Chase zaśmiał się – i nie był to ten jego popisowy śmiech dla publiczności. Był szczery i nieco kpiący.

– Jasne. A ja jestem baletnicą. Maya, masz zakładkę z napisem „Team Cardan" wystającą z kieszeni bluzy.

Zamarłam. Spojrzałam w dół. Cholera. Lily musiała mi ją tam wsunąć dla żartu.

– Dobra, wygrałeś. A ty? Co ty tu robisz? Przecież ty czytasz tylko podpisy pod zdjęciami na siłowni.

Chase westchnął i usiadł na starym, skórzanym fotelu, otwierając książkę na losowej stronie.

– Gry fantasy. Gram w nie po nocach, kiedy mój stary myśli, że uczę się anatomii, żeby zostać „najlepszym chirurgiem w Bostonie". To jedyny sposób, żeby nie zwariować w domu, gdzie jedynym tematem rozmów jest to, czyj rozwód był bardziej kosztowny.

Cisza, która zapadła, nie była już wroga. Była… dziwna. Po raz pierwszy zobaczyłam pęknięcie na jego idealnym pancerzu.

– Mój tata chce, żebym była dyrektorem wszystkiego przed trzydziestką – wyznałam, siadając na podłodze naprzeciwko niego. – Czasami mam wrażenie, że jeśli dostanę czwórkę, to po prostu przestanę istnieć w ich oczach.

– Wiesz, że ta książka to metafora nas? – Chase wskazał na okładkę. – Nienawidzą się, rzucają złośliwościami, a potem okazuje się, że po prostu oboje mają przesrane życie.

– Nie porównuj nas do nich – żachnęłam się, choć serce zabiło mi trochę szybciej. – Po pierwsze, ty nie jesteś księciem. Co najwyżej błaznem.

– A ty jesteś Jude – odparł z błyskiem w oku. – Strasznie spięta, z mieczem w dłoni, gotowa zabić każdego, kto skrytykuje jej plan lekcji.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Pierwszy raz od roku.

– Chase?

– No?

– Jak komukolwiek powiesz o tej książce, to osobiście dopilnuję, żebyś nigdy nie dostał się na te studia medyczne.

– Spokojnie, Miss Perfect. Twój sekret jest bezpieczny. Moje ego też by ucierpiało, gdyby wyszło, że gadam z tobą o literaturze zamiast pić prosecco w Cortinie.

 

Rozdział 2: Kuchenna Katastrofa

Poranek przywitał nas widokiem, który w każdym innym kontekście byłby wart miliony lajków, ale dla nas był wyrokiem. Śnieg zasypał okna parteru do połowy wysokości. Prąd migotał jakby miał astmę, a Wi-Fi oficjalnie wydało ostatnie tchnienie o trzeciej nad ranem.

W kuchni „Rifugio Bella Vista" panował kontrolowany chaos, którym dyrygował Signore Giuseppe – człowiek, który wyglądał jakby został ulepiony z mąki i optymizmu.

– Bambini! – krzyknął, klaszcząc w dłonie tak mocno, że aż mąka uniosła się z jego fartucha. – Skoro góra nas uwięziła, musimy nakarmić duszę! Maya, ty masz ręce do precyzyjnej roboty. Chase, ty masz mięśnie do mieszania mascarpone. Robimy tiramisu dla wszystkich!

– Ja i on? W jednej kuchni? – zapytałam, patrząc na Chase'a, który właśnie próbował zawiązać fartuch w taki sposób, żeby nie stracić nic ze swojego „vibe'u kapitana". – Giuseppe, to się skończy interwencją ONZ.

– Przestań dramatyzować, Hartley – rzucił Chase, szarpiąc się z troczkami. – Kuchnia to w zasadzie chemia. A ja z chemii miałem... no, miałem kogoś, kto dawał mi spisywać, ale ogarniam bazę.

Giuseppe tylko mrugnął do mnie porozumiewawczo i zostawił nas z miskami, trzydziestoma jajkami i litrem bardzo mocnego espresso.

– Dobra, plan jest prosty – zaczęłam, natychmiast przechodząc w tryb przewodniczącej samorządu. – Ja oddzielam żółtka od białek, ty zajmujesz się biszkoptami. Tylko ich nie utop w kawie. Mają być nasączone, a nie…

– Maya?

– Tak?

– Zamknij się.

Spojrzałam na niego zszokowana, ale on tylko uśmiechnął się szeroko i zanurzył biszkopt w kawie z precyzją chirurga (może jednak geny ojca działały). Przez dziesięć minut pracowaliśmy w dziwnej, rytmicznej ciszy. Do momentu, w którym Chase postanowił „usprawnić" proces ubijania kremu.

– Myślę, że jak dodam do tego trochę tego włoskiego likieru, to szybciej zgęstnieje – stwierdził, chwytając butelkę Amaretto.

– Chase, nie, proporcje są…

Za późno. Chase machnął butelką, poślizgnął się na rozlanej wcześniej plamie białka i zamiast do miski, likier (wraz z połową zawartości jego miski) wylądował na moim wełnianym swetrze i twarzy.

Zamarłam. Czułam, jak gęsty, słodki krem spływa mi po nosie. Chase patrzył na mnie z przerażeniem, które szybko zaczęło przechodzić w duszony śmiech.

– Nie waż się – wycharczałam. – Jeśli choć raz się zaśmiejesz, Chase Donovan, przysięgam, że twoje ciało zostanie znalezione pod lodowcem w marcu.

– Wyglądasz jak… jak bardzo smutny, luksusowy mops – wykrztusił, wybuchając śmiechem.

Nie myśląc wiele, chwyciłam garść mąki i cisnęłam nią prosto w jego idealnie ułożone włosy. Chase przestał się śmiać. Otarł oczy, a jego twarz przybrała wyraz, który na boisku oznaczał „zaraz zrobimy wsad roku".

– To oznacza wojnę, Hartley.

Przez następne pięć minut kuchnia Giuseppe zamieniła się w pole bitwy. Mąka, cukier puder i resztki kremu latały w powietrzu. Skończyliśmy oparci o blat, oboje biali od stóp do głów, dysząc ciężko.

– I co teraz powiesz swoim followersom? – zapytałam, wycierając mąkę z czoła. – „Dzień 2: Zostałem pokonany przez dziewczynę z biblioteki przy użyciu mąki typu 00"?

– Napisałbym: „W końcu spotkałem kogoś, kto potrafi przełamać mój pressing" – odpowiedział, patrząc mi prosto w oczy.

Nagle zrobiło się zbyt cicho. Zbyt blisko. Czułam zapach kawy i Amaretto, a Chase nie odwracał wzroku.

🎵 TARANTELLA I PRAWDY

Wieczorem, po tym jak Giuseppe jakimś cudem uratował kuchnię (i nasze tiramisu, które o dziwo smakowało nieźle), schronisko wypełniło się muzyką. Starszy Włoch wyciągnął akordeon i zaczął grać skoczną tarantellę.

– Signorina Mayo! – zawołał. – Nie siedź tak jakbyś połknęła kij od nart! Taniec!

Zanim zdążyłam zaprotestować, Giuseppe porwał mnie na środek. Kręciło mi się w głowie, suknia (jedyna wyjściowa, którą matka kazała mi wziąć na „elegancką wigilię") wirowała, a ja, ku własnemu zaskoczeniu, śmiałam się wniebogłosy. Chase stał pod ścianą z telefonem w ręku.

– Nagrywasz to? – krzyknęłam przez muzykę.

– To materiał dowodowy! – odkrzyknął. – „Nudna Maya Hartley posiada stawy i potrafi się poruszać". To wstrząśnie szkołą!

Kiedy Giuseppe w końcu odpuścił, opadłam na ławę obok Chase'a. Moja siostra Lily przeszła obok, rzucając nam spojrzenie pełne politowania.

– Wyglądacie jak para z Netflixa w połowie drugiego odcinka – mruknęła. – Tego, w którym jeszcze udają, że się nie lubią, ale wszyscy wiedzą, jak to się skończy.

– Lily, idź rysować elfy – fuknęłam, ale czułam, że pieką mnie policzki.

Chase schował telefon.

– Wiesz… tak naprawdę to nie usunąłem tej prezentacji specjalnie – powiedział nagle, patrząc na swoje buty. – Chciałem ją skopiować, żeby zobaczyć, jak to robisz. Moja prezentacja o marketingu sportowym była dnem, a ojciec zapowiedział, że jak nie dostanę stypendium, to gap year spędzę w jego klinice, czyszcząc narzędzia chirurgiczne. Spanikowałem. Mój laptop się zawiesił i… no.

Spojrzałam na niego. To nie był „Król Imprez". To był chłopak, który tak bardzo bał się rozczarować ojca, że aż paraliżował własne życie.

– Chase… mogłeś po prostu zapytać o pomoc.

– Kapitanowie nie pytają o pomoc, Maya. Kapitanowie mają zawsze wszystko pod kontrolą. Skądś to znasz, prawda?

Poczułam ucisk w gardle. Znałam to aż za dobrze.

– Jutro rano – powiedziałam cicho – zamierzam wyrwać się na chwilę na narty, zanim matka każe mi robić powtórkę z matury. Idziesz ze mną?

– Tylko jeśli obiecasz, że nie będziesz mnie uczyć techniki skrętu.

– Obiecuję, że będę cię wyśmiewać, jak się przewrócisz. To uczciwy układ?

– Najuczciwszy, na jaki nas stać.

 

Rozdział 3: W Lodowej Jamie

Poranek trzeciego dnia był białą ścianą. Okna w "Rifugio Bella Vista" wyglądały jak pomalowane wapnem – nie było widać gdzie kończy się niebo, a zaczynają stoki. To była pogoda, przy której nawet rodowici mieszkańcy Dolomitów siedzieli przy piecach, pijąc grappę i klnąc pod nosem.

Ale Chase Donovan nie był rodowitym mieszkańcem. Był osiemnastolatkiem zranionym do żywego komentarzem swojego ojca, który przy śniadaniu, znad filiżanki espresso, rzucił: „Widzisz Chase, Maya przynajmniej potrafi się zorganizować nawet w takich warunkach. Ty bez internetu i trenera jesteś jak dziecko we mgle".

Zauważyłam, że go nie ma dopiero godzinę później.

– Gdzie jest Chase? – zapytałam Lily, która w salonie grała w karty z Giuseppe.

– Wyszedł – wzruszyła ramionami. – Wziął narty i mruknął coś o „przewietrzeniu ego". Wyglądał, jakby chciał coś komuś udowodnić. Albo po prostu chciał zginąć w malowniczy sposób.

Serce mi zamarło. Wybiegłam do narciarni. Brakowało jego kompletu.

– On oszalał! – krzyknęłam, wpadając z powrotem do salonu, gdzie mój ojciec i doktor Donovan kłócili się właśnie o politykę podatkową. – Chase wyszedł na zewnątrz. W taką pogodę!

Doktor Donovan pobladł w sekundę.

– Jak to wyszedł? Przecież widoczność jest zerowa! Giuseppe, musimy wezwać ratowników!

– Telefon nie działa, radio trzeszczy – odparł staruszek, marszcząc brwi. – Zanim ktoś tu dotrze z doliny, miną godziny. Chłopak nie zna terenu, a za „Bella Vista" jest żleb, w którym śnieg układa się w zdradliwe zaspy.

Spojrzałam na moją matkę, która już otwierała usta, żeby powiedzieć, że „to nie nasza sprawa i mamy czekać na służby".

– Ja idę – ucięłam, zanim zdążyła wydać z siebie dźwięk.

– Mayo, nie bądź absurdalna… – zaczął ojciec.

– Tato, jeżdżę na nartach od czwartego roku życia. Znam te mapy na pamięć, bo studiowałam je wczoraj w bibliotece, żeby nie musieć z wami rozmawiać o Oxfordzie. Giuseppe, daj mi flary i koc termiczny.

Giuseppe popatrzył mi w oczy, a potem, ku zdumieniu moich rodziców, po prostu podał mi swój ciężki plecak ratunkowy.

– Idź za czerwonymi tyczkami, a potem skręć przy starym modrzewiu. Jeśli tam go nie ma, znaczy, że zjechał do jamy pod turnią.

Wyjście na zewnątrz było jak uderzenie w ścianę lodu. Wiatr wył, a śnieg kłuł w twarz jak tysiące igieł. Zapięłam narty, czując dziwny spokój. Przez całe życie kazano mi być idealną w teorii. Teraz po raz pierwszy musiałam być skuteczna w praktyce.

Znalazłam go po czterdziestu minutach, które zdawały się wiecznością. Zobaczyłam koniec narty wystający z zagłębienia pod skalnym nawisem. Chase siedział skulony w małej jamie, którą najwyraźniej sam próbował wykopać. Wyglądał marnie – jego markowa kurtka była przemoczona, a twarz miała odcień papieru.

– Czy to... – wychrypiał, mrużąc oczy – ...duch mojej ulubionej przewodniczącej samorządu, czy przyszłaś tu, żeby dać mi naganę za nieobecność?

– Przyszłam ci powiedzieć, że jesteś kompletnym idiotą – sapnęłam, zdejmując narty i wchodząc do jamy. – I że twoje tiramisu wciąż smakuje jak porażka.

Zaczęłam działać instynktownie. Wyciągnęłam koc termiczny i owinęłam go wokół niego, siadając tuż obok, by ogrzać go własnym ciałem. Chase drżał tak mocno, że szczękały mu zęby.

– Myślałem, że dam radę – wyszeptał. – Chciałem poczuć, że coś ode mnie zależy. Że nie jestem tylko... projektem mojego ojca. Maya, on się rozwiódł z mamą, bo ona „nie pasowała do jego prestiżowego życia". Boję się, że jak przestanę być kapitanem i złotym dzieckiem, on też się ze mną rozwiedzie.

Poczułam, jak coś ściska mnie za gardło. Przyciągnęłam go bliżej.

– Nie przestanie. A nawet jeśli, to jego strata. Słuchaj mnie, Chase. Ja codziennie rano budzę się z listą zadań, która ma sprawić, że moi rodzice będą mogli się mną pochwalić przed znajomymi. Ale wiesz co? W tej jame, w tej głupiej śnieżycy, nikt nas nie widzi. Nie ma ocen, nie ma lajków, nie ma Oxfordu. Jesteśmy tylko my.

Chase spojrzał na mnie. Jego oczy, zwykle pełne pewności siebie, teraz były bezbronne.

– Naprawdę czytasz te romanse fantasy, bo chcesz, żeby ktoś cię tak po prostu porwał z tego idealnego życia, co?

– Zamknij się, Donovan – mruknęłam, ale uśmiechnęłam się przez łzy. – Po prostu lubię, jak bohaterowie mają miecze. To ułatwia rozwiązywanie problemów z ludźmi takimi jak ty.

Kiedy zamieć na chwilę zelżała, udało nam się wrócić. W schronisku powitała nas panika zmieszana z ulgą. Doktor Donovan po raz pierwszy od lat uściskał syna, nie dbając o to, że obaj są cali w śniegu i mące (która wciąż tkwiła w ich ubraniach po wczorajszej bitwie).

 

Rozdział 4: Powrót do Rzeczywistości

Wieczorem, gdy rodzice w końcu zasnęli, wykończeni emocjami, siedzieliśmy z Chasem na schodach schroniska. Prąd wrócił, ale nikt nie sięgnął po telefon.

– Więc... – zaczął Chase, bawiąc się bransoletką na nadgarstku. – Za dwa dni wracamy do rzeczywistości. Ty będziesz znowu Miss Perfect, ja będę znowu udawał, że nie wiem, co to jest książka bez obrazków.

– Tak to zwykle działa w filmach dla nastolatków, prawda? – zapytałam, opierając głowę o jego ramię.

– Ale my nie jesteśmy w filmie. Jesteśmy w „Rifugio Bella Vista", gdzie nie ma zasięgu, a ja wciąż mam nagranie, na którym tańczysz tarantellę.

Zaśmiałam się cicho.

– Jeśli je opublikujesz, naprawdę cię zabiję.

– Nie opublikuję – powiedział poważnie, łapiąc mnie za rękę. – Zostawię je sobie na te dni, kiedy będę musiał pamiętać, że pod tą zbroją z regulaminów bije serce dziewczyny, która uratowała mi tyłek w Dolomitach.

Spojrzałam na niego. W blasku kominka nie był już chłopakiem z Instagrama. Był kimś, kogo w końcu znałam naprawdę.

– A ja zapamiętam, że kapitan drużyny koszykarskiej woli elfy od anatomii – szepnęłam. – To całkiem niezły punkt wyjścia dla kogoś, kto rok temu chciał się nawzajem pozabijać.

Chase pochylił się i przez chwilę myślałam, że to będzie ten moment – ten z rozdziału czternastego moich ulubionych książek. Ale on tylko uśmiechnął się łobuzersko.

– Wiesz, Hartley... dalej uważam, że to ty usunęłaś tamtą prezentację, żeby mieć pretekst, by na mnie krzyczeć. To był twój sposób na flirt.

– Nienawidzę cię, Donovan.

– Wiem. Ja ciebie też.

Zasnęliśmy na tych schodach, przykryci jednym kocem, podczas gdy za oknem Dolomity powoli cichły, otulone świeżym, nieskazitelnie białym śniegiem, który przykrył wszystkie stare urazy.

📱 PIERWSZY PONIEDZIAŁEK PO POWROCIE

To był pierwszy poniedziałek po przerwie świątecznej – dzień, w którym liceum w Lincoln High zawsze przypominało wybieg mody zmieszany z giełdą papierów wartościowych. Wszyscy wymieniali się opowieściami o tym, kto był na nartach w Aspen, a kto dostał nowszego iPhone'a.

Szłam korytarzem, ściskając w dłoniach teczkę z nowym projektem samorządu. Miałam na sobie swój standardowy mundur: idealnie wyprasowaną koszulę i minę pod tytułem „nie podchodź, jeśli nie masz średniej powyżej 5.0".

– Maya! – zawołała Sarah, moja prawa ręka w komitecie organizacyjnym. – Słyszałam o Cortinie. Masakra z tą pogodą, współczuję ci. Pewnie całe dnie zmarnowałaś na naukę w tym schronisku, co?

– Coś tam poczytałam – odparłam wymijająco, czując, jak pod koszulą drapie mnie wełniany sweter, ten sam, który jeszcze tydzień temu był umazany mąką i Amaretto.

Wtedy go zobaczyłam. Chase szedł z drugiego końca korytarza w otoczeniu swojej stałej świty. Śmiali się głośno, a on gestykulował energicznie, opowiadając jakąś historię o tym, jak to „podbił włoskie stoki". Wyglądał dokładnie tak samo jak przed wyjazdem. Król życia.

Kiedy nasze drogi się przecięły, jego kumple uciszyli się na chwilę, czekając na tradycyjną wymianę uprzejmości (czyt. obustronny ostrzał sarkazmem).

Chase zatrzymał się. Spojrzał na mnie znad ramienia jednego z kolegów. Przez sekundę w jego oczach mignęło to samo spojrzenie, które widziałam w lodowej jamie – bezbronne i szczere.

– Cześć, Hartley – rzucił swobodnie. – Dalej taka sztywna? Słyszałem, że kij, który połknęłaś, ma już własny kod pocztowy.

Jego kumple zaregotali. Sarah prychnęła pod nosem. To był stary Chase. Ten, którego powinnam nienawidzić. Ale zauważyłam coś jeszcze. Z bocznej kieszeni jego sportowej torby wystawał róg książki. Nie był to podręcznik do anatomii. To był drugi tom serii o elfach, który pożyczyłam mu ostatniego wieczoru w tajemnicy przed rodzicami.

Uśmiechnęłam się – nie tym moim wyuczonym, „przewodniczącym" uśmiechem, ale czymś znacznie bardziej niebezpiecznym.

– Cześć, Donovan. Słyszałam, że we Włoszech próbowałeś gotować, ale podobno kuchnia została uznana za strefę skażenia. To prawda, że nawet makaron potrafisz przypalić wodą?

– To były pomówienia! – odkrzyknął, odchodząc już w stronę hali sportowej. – I tak jestem lepszym kapitanem niż ty przewodniczącą!

– Zobaczymy na debacie! – zawołałam za nim.

Sarah patrzyła na mnie, mrużąc oczy.

– Maya… czy ty właśnie… flirtowałaś z Donovanem? I to o makaronie?

– Nie bądź śmieszna, Sarah. Po prostu dbam o to, żeby sportowcy znali swoje miejsce w szeregu.

Otworzyłam szafkę, żeby schować podręcznik. Na wewnętrznej stronie drzwiczek, tam gdzie nikt inny nie mógł zajrzeć, przyklejone było małe, niewyraźne zdjęcie z polaroida. Zrobiła je Lily ostatniego poranka. Widać było na nim dwoje zmęczonych ludzi, opartych o siebie na schodach schroniska, pijących kawę z jednego kubka.

„Strona 214. Główny bohater właśnie przyznał, że jest beznadziejnie zakochany, ale dalej udaje dupka, żeby nie stracić twarzy. Brzmi znajomo? Widzimy się o 17:00 w bibliotece miejskiej. Dział fantasy. Przynieś kawę. I nie waż się być punktualnie, to psuje mój vibe. – C."

Złożyłam kartkę z powrotem, czując, że ten semestr będzie najmniej idealnym i jednocześnie najlepszym czasem w moim życiu.

– Sarah? – zawołałam za koleżanką.

– Tak?

– Odwołaj moje spotkanie z kółkiem ekonomicznym o siedemnastej. Mam… badania terenowe nad współczesną literaturą.

Wyszłam ze szkoły, a mroźne powietrze stycznia przypomniało mi zapach Dolomitów. Gra się dopiero zaczynała, ale tym razem oboje znaliśmy zasady.

KONIEC

❄️ + 🏔️ = 💕

Podobała Ci się historia Mayi i Chase'a?

Czytaj więcej Enemies to Lovers →