Rozdział 1. Sierota i nowe życie
Budzę się, jak zwykle, w szarym, skrzypiącym łóżku. Siadam na nim i wpatruje się w wyniszczone ściany pokoju dziecinnego. Stare lalki, bez kończyn, leżą rozrzucone po pokoju. Wyglądają tak strasznie, że boję się je nawet tknąć, ale tylko na to, w tych czasach, stać moich rodziców.
Od kiedy wojna zniszczyła świat, nic nie jest takie jak dawniej. Ledwo wiąże koniec z końcem. Ojciec pracuje w fabryce broni palnej, więc nie brakuje nam narzędzi do walki. Matka zaś tylko gotuje upolowaną przeze mnie zwierzynę. Nasza trójka mieszka na osiedlu, ale tylko my zostaliśmy tutaj. Reszta emigrowała do Afryki, czy Austrii. Europa jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc, w tych czasach. Rosjanie są na całym kontynencie. Codziennie przejeżdża przez moje osiedle grupa wojskowych i sprawdzają, czy jacyś ludzie nie przetrwali apokalipsy.
Moje małe marzenie na dziś: odważyć się żyć
Sięgnąć po to, co do tej pory zdawało się dryfować w powietrzu, tuż poza zasięgiem wyciągniętych rąk. Zdecydować się w końcu powiększyć swój malutki świat - wyjść z domu, wyjechać z miasta, przekroczyć granice. Wyjść do ludzi: poznać kogoś nowego, uścisnąć mu rękę, wymienić opinię, pożartować. Wcielić w życie to, co przywykło się brać za banał: "Chwytaj dzień", "Żyj chwilą", "Doceniaj każdą sekundę". Nie zamykać się w ciasnych czterech ścianach bezpiecznych wyobrażeń i rutynowych działań. Uświadomić sobie, że "celebrowanie codziennych przyjemności" nie musi być jedyną czerpaną z życia radością, że codzienność można nasycić, rutynę odrzucić, a marzenia - realizować. Nie zazdrościć innym wspaniałego życia, niezwykłych wyczynów, widoków, realizowania celów, zdobywania doświadczeń, rozwijania umiejętności, odnajdywania pasji... Zamiast tego samemu zacząć przeżywać, czynić, patrzeć i dostrzegać, uczyć się, próbować, a jeśli się nie uda - próbować jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze, nie zważając na trudności, nie żaląc się, że jest trudniej niż wydawało się na początku.

Dług wdzięczności
Rozdział 1
Położyłam tacę na zapleczu i usiadłam na krzesełku.
Kolejny dzień w nowej pracy skończony.
Pracę w barze „Kriss” zaczęłam dwa tygodnie temu. Nie podoba mi się tu absolutnie, ale było to jedyne miejsce, w którym chcieli zatrudnić dwudziestolatkę tylko z maturą.
Mimo iż maturę napisałam naprawdę dobrze, nie poszłam na wymarzone studia psychologiczne, Najzwyczajniej w świecie mnie nie stać.
Zresztą w domu mam brata alkoholika, który kategorycznie zabronił mi dalszej nauki. Całe szczęście, że pozwolił mi przynajmniej dokończyć liceum.
Muszę się go słuchać, ponieważ mieszkanie, w którym mieszkamy jest jego. Nasi rodzice, nasza jedyna rodzina, zginęli tragicznie w wypadku samochodowym dwa lata temu. Od tamtej pory Jakub pije, a ja zmieniłam się diametralnie i zdaję sobie z tego sprawę. Kiedy rodzice żyli, miałam kilku oddanych przyjaciół, kochających rodziców i kochającego chłopaka. Czego chcieć więcej? Teraz nie zostało mi nic. Zamknęłam się w sobie. Powoli traciłam kontakt ze światem zewnętrznym; siedziałam tylko w pokoju, a w szkole na przerwach chodziłam do biblioteki.
Teraz, żeby zarobić na utrzymanie, pracuję ja, nie Jakub.
HAJMAT
Daniel Bochynek
Prolog
Ciemno, wszędzie ciemno. Boże jak tu zimno – pomyślał – i po co mi to wszystko było. Mogłem sobie leżeć teraz spokojnie w „domu”. O tyle ile można było to nazwać domem.
Skały na których leżał były pokryte wilgocią co jakiś czas starał się zlizywać chodź parę kropel aby nie umrzeć z pragnienia. Z sekundy na sekundę coraz bardziej doskwierał mu głód i zimno. Ile tu leżał sam nie wie. Czy ktoś go szuka ? Na to pytanie nie był sobie w stanie odpowiedzieć.
Muszą go szukać przecież… przecież to od niego zależy dalszy los jego wyprawy. – pomyślał – A jeśli nie ? Jeśli już przestali go szukać. Uznali że nie watro, że zapewne zjadły go szczury lub inne paskudztwo albo porwali go dzicy. Tych to na pewno nie chciał bym spotkać. – wzdrygnął się na samą myśl o nich czy z zimna ? Sam nie wiedział.
Nagle w oddali słychać ciche drapanie. Tak jak by jakiś mały szkodnik został tak samo jak on uwięziony i starał się wydostać. Coraz głośniejsze skrobanie i nagle cisza. Cisza taka że słyszał jak krew płynie w jego żyłach.
- Ej ktoś tam jest … Hej pomocy !!! – wołał ostatkiem sił . Nagle z mroku wyłonił się mały cień.
Był sobie pewien człowiek. Ów człowiek od lat nie mógł wyhodować ani jednego drzewka. Inni ludzie śmiali się z niego, bo sami posiadali sady pełne wspaniałych drzew rodzących słodkie owoce. Niektórzy z nich mieli w też w swoim sadzie wyjątkowe drzewo - ogromne i piękne. Rozkosz sprawiało samo patrzenie na takie drzewo, a kiedy posiadacz tego drzewa zrywał z niego owoc i zjadał go, na jego twarzy pojawiało się bezgraniczne szczęście. Natomiast z nasion posianych przez tamtego człowieka nigdy nic nie wyrastało. Pewnego razu idąc przez swoje puste pole znalazł dwa dziwne nasiona. Czym prędzej zasiał je w tym miejscu swego pola, gdzie gleba była najlepsza, podlał i czekał z niecierpliwością.