Cola - romantyczna miłość
Była sobota. Wyszła z domu do sklepu. Mama chciała żeby kupić jej colę. Na zewnątrz było przyjemnie. Parę minut wcześniej padał deszcz, lecz powoli wszystko już wysychało. Panowała taka aura jaką Ula zawsze lubiała. Ciepło, ale nie upalnie. Słońce grzało przez chmury, lecz mimo tego nie było duszno. Pewnie, dlatego Ula specjalnie się nie upierała i od razu wyszła do sklepu. Wzięła tylko klucze i pieniądze na colę. Jadąc windą zorientowała się, że nie wzięła telefonu i postanowiła po niego wrócić. Szła tylko do sklepu, ale jakieś uczucie kazało jej zawrócić. A może to zwykłe przyzwyczajenie – każdy już chyba nosi przy sobie telefon komórkowy jakby to była rzecz, z którą ani na moment nie można się rozstać. Wbiegła na moment do domu kierując się do pokoju.
- Już jesteś? Szybko.- Usłyszała zaraz po wejściu do pokoju
- Nie, tylko wróciłam po telefon.
- To weź psa na spacer.
- Nie, nie biorę go. Idę tylko na chwilę poza tym już był. – Odparła ponownie wychodząc z domu.
Siedziałam na dachu mojego liceum upijając się ciszą z papierosem w dłoni. Zawsze tak robiłam, kiedy jakaś lekcja przyprawiła mnie o nerwice. To miejsce było jednym w szkole gdzie przez większość czasu panował spokój. Tylko niewielkiej grupce osób udawało się przejść niepostrzeżenie obok kantorka woźnego, wybiec po stromych schodach aż na płaski dach z którego wystawały tylko dwa wielkie kominy, a w kącie leżało kilka rozmokłych kartonów. Siedziałam z nogami przewieszonymi przez barierkę, biorąc kolejnego bucha na rozluźnienie po stresującej matmie, kiedy drzwi za mną się otworzyły. Odruchowo na nie spojrzałam, lecz gdy zobaczyłam że to nikt z personelu szkoły, spokojnie wróciłam do swojego zajęcia. Osoba która weszła przed chwilą, siadła koło mnie. Spojrzałam przelotnie, nie skupiając uwagi na moim nowym towarzyszu. Chłopak odchrząknął nieznacznie.
- Mogę? - zapytał głosem, od którego przeszły mnie ciarki.
W życiu niczego nie można być pewnym. Zdarza się, że uroczą sielankę gwałtownie przerywają ogromne kłęby ciemnych chmur, gdy innym razem, ku naszemu zaskoczeniu, zza złowrogich obłoczków wychodzi przejrzyste słońce. Zapewne nie raz w dzieciństwie doświadczyła podobnej mieszanki, jednak dopiero teraz, kiedy jest świadoma swoich przeżyć zaczęła doceniać chwile ulotnego szczęścia. Zaczytując się w ckliwe romanse wielkich pisarzy wyobrażała sobie poukładane, spokojne życie u boku kochającego męża i gromadki dzieci. Przecież to takie proste - powtarzała po każdym nieudanym związku, który miał być tym ostatnim. W rzeczywistości nic nie było proste.
Wyciągała wnioski, analizowała co było nie tak, czego zabrakło. Olśnienie naszło w momencie, kiedy w wieku 26 lat odnalazła jedynego. Brakowało miłości. Zwykłej, niewymagającej, czystej miłości.
Czytałam wasze opowiadania i stwierdziłam, że też opiszę wam moją historię o prawdziwej miłości, która mam nadzieję będzie trwała wiecznie.
A więc znałam go od 3 lat. Zawsze było tylko ‘cześć’, ewentualnie wymieniliśmy się informacjami co było na sprawdzianie, bo chodził do równorzędnej klasy. Niestety, ze zwykłego kolegi stał się kimś więcej.
Na początku zaczął mi się tylko podobać, wspólne zajęcia pozalekcyjne… Nasilało się uczucie, którego nie chciałam… Kilka miesięcy zawalonych. W głowie miałam tylko to silne uczucie, jego i brak pomysłu co dalej. Koniec roku, poprawki, a w głowie tylko jedna myśl. Próbowałam zapomnieć, nie raz. Niestety, nic nie wyszło, co dało się przewidzieć. Nie wiedziałam co robić, był to chłopak, który nie wzbudzał mojego dużego zaufania, często wychodził na imprezy, nie pasowałam do niego. Wiedziałam, że w życiu nam nic nie wyjdzie.
Było pochmurno, wiatr wzmagał się i z każdą chwilą stawał coraz silniejszy, wyginając gałęzie drzew. Na zachmurzonym, granatowym niebie pojawiły się błyskawice, nadciągała burza. Potęga natury przypomniała sobie o małym domku stojącym nieopodal strumyka. Domek stał i przyglądał się widowisku, jak matka natura w pięknym, a zarazem złowieszczym przedstawieniu próbowała ukazać swoją potęgę. Domek lata swojej świetności miał już za sobą, więc obawiał się każdej kolejnej ulewy, burzy, śnieżycy, czy też innych zawirowań przyrody. Teraz jednak mógł tylko przyglądać się i czekać czy i tym razem natura oszczędzi jego spróchniałe i omszałe ściany, które teraz trudno było nazwać drewnianymi.